Noc była bardzo komfortowa - wypożyczyliśmy tym razem porządne zimowe śpiwory no i mamy też oczywiście nasze, więc daliśmy radę spać w piżamach a nie w ubraniu, co dawno nam się nie zdarzyło:)
Jedziemy dalej naszym jeepem na południe, wzdłuż granicy z Chile, przez piękne rozległe płaskowyże w otoczeniu wulkanów. Powoli nabieramy wysokości do poziomu ok. 4500 m. Wjeżdżamy w krainę lagun. Mają one różne kolory, od zieleni po czerwień, w zależności od występujących w ziemi minerałów. A w każdym jeziorku przechadzają się flamingi! Szczególnie pierwsza laguna robi na nas wrażenie. W lustrze wody pięknie odbija się ośnieżony pobliski szczyt wulkanu. Na dodatek wychodzi słońce. A po chwili... zaczyna padać śnieg!;) tego się nie spodziewaliśmy. Jedziemy dalej, przystając co chwila, oglądając kolejne laguny. Pogoda robi się nieznośna - słońce się już nie pokazuje, zrywa się wiatr, śnieg zacina coraz bardziej.
Koło 15 docieramy do miejsca w którym będziemy nocować - szarych baraków pośrodku niczego na wys. 4500 m n.p.m. Wychodzi nawet słońce i robi się przyjemnie ciepło. W planie na popołudnie jest jeszcze przejazd do oddalonych o godzinę drogi gejzerów oraz pół godziny dalej gorących żródeł w których można się kąpać! Nie możemy się doczekać szczególnie tego drugiego!
Ledwo odjeżdżamy z naszej bazy a krajobraz robi się zupełnie zimowy. Śnieg który padał przed południem traktowaliśmy jako sympatyczną ciekawostkę, teraz zaczyna już nas wkurzać. Na zewnątrz szaleje bowiem regularna śnieżyca, widoczność bardzo spada. Nasz jeep z trudem pokonuje kolejne zaspy. Aż w końcu jednej nie daje rady. Śniegu tak na oko jest z pół metra! Brytyjki bardzo sie cieszą i robią sobie zdjęcia. My wraz z kierowcą trochę bardziej przejmujemy się sytuacją.. Po przewaleniu łopatą chyba tony śniegu i kilku próbach pchania w końcu ruszamy. Docieramy już bez przygód do gejzerów a właściwie fumaroli (bo wydobywa się z nich tylko śmierdzący siarką dym a nie woda). Zostajemy tu tylko minutę - jesteśmy bowiem na wys. 5000 metrów, ciągle wieje, sypie, nic przyjemnego. Do ciepłych źródeł już nie jedziemy - jest bardzo dużo śniegu i spore ryzyko że znowu się zakopiemy, poza tym robi się już ciemno.
W bazie odpoczywamy, gramy w karty i jemy kolację (podczas której Brytyjki cały czas rozmawiają o Justinie Timberlake'u). Chwile z Anią rozmawiamy z ludźmi z innych grup które nocują w tym samym miejscu (super goście, szkoda że z nimi nie jechaliśmy), po czym kładziemy się do łóżek.
Wszyscy straszyli nas właśnie tą nocą. Temperatura na dworze spada tu bowiem do ok. 15 - 20 stopni poniżej zera. Barak jest nieogrzewany i nie jest super szczelny - więc w nim też robi się na minusie. Jesteśmy jednak w dużo lepszej sytuacji niż na trekingu - przede wszystkim śpi się tu na łóżkach, nie wieje, są też grube koce, a my mamy dodatkowo swetry z lamy i zimowe śpiwory. Po chwili jest na tyle ciepło że zdejmujemy nawet spodnie i rękawiczki. Czujemy się bezpieczni i spokojni.
Licho jednak nie śpi. Wróg się czai i atakuje niespodziewanie z drugiej strony;) Niestety pada na Anię. W najmniej dogodnym momencie wyjazdu dopada ją rozstrój żołądka. Może pod kilkoma warstwami ubrań, koców i śpiworów jest ciepło, jednak wydostanie się spod tego wszystkiego, podróż przez mróz do kibelka i powrót, i to kilka razy w ciągu jednej nocy, to prawdziwy koszmar.
Rano Ania czuje się na szczęście lepiej i ruszamy w dalszą drogę.